Anna Górecka- London Lavender

Anna Górecka London Lavender

– Co chciałabyś o sobie powiedzieć, przekazać innym Kreatorkom, masz jakieś swoje motto życiowe?

Ania: Przez bardzo długi okres powtarzałam sobie jedno hasło ” Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. To samo hasło powtarzała kiedyś też moja mama, podczas swojej trudnej sytuacji życiowej. Może dzięki temu  utkwiło mi ono mocno w pamięci  i przyświecało w ostatnich latach w trudnych momentach.  Obecnie nie chcę jednak, żeby było traktowane jako aktualne motto , bo mam dużo innych fajnych haseł, bardziej optymistycznych. Tak więc nie martw się, nie myślę o zabijaniu każdego dnia (śmiech).

Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni!

– Uważam je za bardzo pozytywne i sama wielokrotnie je powtarzam.

Ania: No więc właśnie, każdy w tym haśle zobaczy, to co chce zobaczyć. Ja dostrzegam w nim, że jako młoda dziewczyna mam dość duży jak na mój wiek  bagaż doświadczeń prywatnych i zawodowych. Wiem, że trochę porwałam się kiedyś z motyką na słońce. Z drugiej strony mimo, że do dziś ciągną się za mną niektóre problemy z przeszłości np. spłata kredytu na byłą firmę, to nie cofnęłabym czasu.  Sytuacja ta, tak mnie wzmocniła, że drugi raz czegoś takiego nie zrobię.  Dziś wiem, że po wszystkim da się podnieść.  Oczywiście potrzebne jest czyjeś wsparcie. Mnie z pomocą przyszedł mój mąż. Gdyby nie on, to nie wiem, czy byłabym w tym samym miejscu co teraz.  Z małą pomocą, ze wszystkiego człowiek da radę się uratować i  ukierunkować swoje życie na nowo.  Może moja historia pokaże innym osobom, które w tym momencie są w podobnej sytuacji i mają już bardzo złe myśli, dostrzec światełko w tunelu.

– Myślę, że taka prawdziwa historia, choć trudna po drodze, ale z happy endem może wielu kobietom pomóc.

Salsa

Ania: No dokładnie. Jak otwierałam firmę byłam bardzo młoda, miałam niespełna 23 lata i nie była to zwykła, mała firma – działalność jednoosobowa. Od razu była to spółka, był lokal 400 metrów i  naprawdę sporo klientów w szkole, Szczerze, sama nie wiedziałam, jaką odpowiedzialność na siebie wzięłam. Dopiero potem okazało się, ile funkcji muszę pełnić. Byłam w jednej osobie: właścicielką, instruktorką, tancerką, recepcjonistką, rekruterką, asystentką księgowej, managerem i tak dalej.  Nie do końca wiedziałam, co i jak mam robić. 

Wydawało mi się, że jako przedsiębiorcza osoba powinnam to wiedzieć.

Ja nie byłam po marketingu, po zarządzaniu, po finansach. Po prostu nagle te wszystkie rzeczy-połączenie ośmiu funkcji w sobie, kiedy  mam jakieś pojęcie, może o dwóch, trzech, na mnie spadły. Z perspektywy czasu widzę, że byłam za młoda i to nie mogło się udać. Mimo to czułam, że mam w sobie smykałkę do własnego biznesu. Jednak bez żadnych szkoleń i odpowiednich instrukcji jak mam to robić, żeby było dobrze to naprawdę ciężki kawałek chleba. Wszystkie działania były próbą i  sprawdzaniem terenu, Strategia na zasadzie, że  tak mi się  wydaje, że to powinno być tak, a  nie inaczej. Obracanie dużymi kwotami w tak młodym wieku, gdzie jak moja mama słyszała te kwoty, to po prostu dostawała zawału serca , a dla mnie to był chleb powszedni.  Zawsze się śmiałam, że któregoś dnia pójdę do banku, wypłacę te pieniądze, porozrzucam po łóżku, porobię sobie fotografie i z powrotem je wpłacę.  Tu faktura, tam uregulować inną płatność – wszystko uciekało z konta. Czasem nie wierzyłam, że mam taką cyfrę na rachunku, a tak naprawdę to wszystko było złudne.  Nie wiedziałam, że to będzie działanie na taką skalę, że to będzie firma takiego kalibru i tak naprawdę ten kaliber mnie zgubił. Nie miałam, aż takiego doświadczenia, żeby zajmować się takimi rzeczami.  Moja mama do dziś mówi:

Po co ci to było?

-A to tak nasze mamy mają.

Ania: Ona widzi suche fakty, że np. do dziś płacę pozostałości moich zobowiązań i ma rację. Ma też świadomość, ile stresu się najadłam, żeby było dobrze. Niestety nie miało prawa być ok, jeśli coś jest zbudowana na kredycie.

– To bardzo ważne, co mówisz. Zapożyczanie się na ogromne pieniądze na samym starcie może mieć okropny skutek.

Ania: U nas w spółce to jeszcze była inna historia, bo jak to często młodzi ludzie nie mieliśmy gotówki na start, natomiast mieliśmy osobę z rodziny, która obiecała, że nam pomoże i weźmie cały remont na siebie. Miała firmę budowlaną, ludzi do pracy, zniżki na materiały. Dla nas to był główny koszt naszego biznesu, Ta osoba, kiedy była potrzebna, po prostu zniknęła. No to jest długa historia osobista, której nie chcę za bardzo rozwijać. W każdym razie mieliśmy już kontrakt podpisany na spory czynsz, do wyremontowania lokal ok. 400 metrów i praktycznie zero środków własnych. Musieliśmy sobie jakoś poradzić, ale było ciężko. Kredyty mnożyły się w oczach. Z tej sytuacji wyniosłam dwie ważne nauki. Pierwsza to nie łączyć bliskich, znajomych i interesów.  A druga –

Jak umiesz liczyć, licz na siebie.

– Mówisz o spółce. Z kim miałaś spółkę?

Anna Górecka London Lavender

Anna Górecka London Lavender

Ania: To, co ja Ci teraz opowiadałam, to była historia mojej spółki z byłym narzeczonym i wspólnikiem. Czas niezapomniany, ale i tragiczny zarazem: prywatnie i zawodowo. Rozeszliśmy się w połowie trwania firmy, która istniała w sumie przez 3 lata. Później obydwoje otworzyliśmy nowe firmy, każdy z nas musiał sobie od nowa wszystko zbudować.  W tamtym okresie, funkcja mojego obecnego męża, była niezastąpiona. Byłam wtedy na granicy wytrzymania psychicznego, przez wszystko to, co działo się w ostatnich 3 latach. A nieprzyjemności, dwulicowości i problemów finansowych było sporo. Moja szkoła już tylko na mój rachunek trwała 1,5 roku, potem postanowiliśmy z mężem wyjechać.

– Czy tamta firma i takie duże kłopoty z nią związane były też lekcją waszego związku, sprawdzianem?

Ania: Tak, to była największa lekcja w moim życiu. Uważam, że wspólne prowadzenie biznesu nie pomaga związkowi. Zwłaszcza jak coś nie idzie zgodnie z planem albo są jakieś problemy.     Ludzie zaczynają się nawzajem obwiniać. Uważam też, że firma zabiła we mnie częściowo pasję do Salsy, którą tak kochałam.  Nadal staram się to robić, tańczyć,  odpoczęłam od niej trochę, więc temat odżył od roku.  Wiem jednak, że nigdy nie powróci tak mocno, jak było to kiedyś. Samo to słowo wywołuje we mnie  powrót do przeszłości, a ta nie była zbyt kolorowa w niektórych aspektach.

Anna Górecka London Lavender

Anna Górecka London Lavender

Teraz  trochę  się odcięłam i jest inaczej. Mieszkam w Anglii i mam nowych kursantów. Kiedy wyjeżdżałam wszyscy znajomi pytali, czy chcę  tam otwierać szkołę Salsy? Szczerze, to była ostatnia rzecz, którą  miałam ochotę zrobić po przyjeździe.  Pakować się drugi raz do tej samej rzeki? Otwierać  kolejny biznes, kiedy  nie znam miasta, nie znam zasad tu panujących, prawa, nie znam nikogo.  Nie wiedziałam jak tu się reklamować. Pierwsze pół roku w ogóle nawet nie wiedziałam, gdzie załatwiać podstawowe rzeczy takie np. jak szewc, usługi krawieckie, fryzjer, dentysta…  Gdzie najlepiej kupować jedzenie, kosmetyki itd, A inni Ci mówią –  otwieraj tam szkołę.  Ci, którzy zostali w Polsce. Odpowiadałam często, przyjedź do Anglii i sam spróbuj.

To, że mnie kojarzono do tej pory z Salsą, nie znaczy, że dożywotnio mam to robić.

Po roku odpoczynku sama wróciłam do tematu, w sensie dałam pierwsze ogłoszenie i zdobyłam pierwszego kursanta. Chciałam, żeby ta wiedza zdobyta przez lata mi nie uciekła, Nie chciałam na razie mieć firmy, a zwłaszcza tego pokroju. Natomiast, wracając do Twojego pytania. Z tamtym partnerem byliśmy naprawdę niedopasowani i firma pokazała nam jak bardzo.

Odkryłam jak różne są nasze priorytety.

Dla mojego byłego narzeczonego i wspólnika kariera zawodowa i firma, stała wyżej niż moja osoba i wspólna przyszłość, rodzina. Nie mogłam żyć w ciągłej niepewności, czy któregoś dnia  znajdę się wreszcie na podium i moje potrzeby. Nie mogliśmy być dłużej razem. Stwierdziłam, że nie mam z tym człowiekiem nic wspólnego. Dla niego zawsze coś będzie ważniejsze niż ja i wspólne życie. Mój mąż jest kompletnym przeciwieństwem. Pomógł mi finansowo, mimo, że nawet jeszcze nie wiedział, czy będę jego żoną. Do dziś go za to podziwiam. Od początku sto procent jego zainteresowania skupiało się na mnie, Rzeczy, które wydawały mi się do tej pory nienaturalne w związku, nagle stały się proste i bezkonfliktowe. To się cały czas rozbija o priorytety wyłącznie i wzajemne dopasowanie. Moim priorytetem było zawsze, że jako para jesteśmy razem w tym wszystkim i  że sobie poradzimy choćby nie wiem co. My kontra świat…

– I pojawił się Twój obecny mąż, pomógł Ci dużo.

Anna Górecka London Lavender

Anna Górecka London Lavender

Ania: Znaczy mój mąż się pojawił już tak w połowie, gdzieś pod koniec tej spółki, więc tak naprawdę też dzięki niemu przeżyłam to wszystko. Mój eks już po miesiącu od zerwania szukał nowej partnerki, oczywiście wśród kursantek, czyli osób, które się przewijały przez naszą szkołę. Ja, jeszcze przez najbliższe pół roku byłam postrzegana, że wciąż jestem w związku. Bardzo mnie to denerwowało.

-To na pewno było bardzo trudne.

To było strasznie dla mnie trudne. Zwłaszcza, że w tamtym okresie mieszkaliśmy u jego rodziców, przez wakacje. Spakowałam, wyprowadziłam się do nowego miejsca, tak, żeby mieć blisko do firmy.

Jedyną prywatną naukę jaką bym chciała przekazać kobietom z tego miejsca, to żeby nie wiązały się z aktorami albo przynajmniej uważały.

Życie z aktorem jest naprawdę bardzo ciężkie, bo nie wie się, kiedy ta osoba jest prawdziwa, a kiedy gra i ćwiczy się wyrażać rożne emocje. Dziś mam 30 lat i jestem trochę mądrzejsza, z perspektywy czasu, widzę więcej… 

– To właśnie mąż przekonał Cię do wyjazdu do Anglii.

Ania: Staram się już nie rozpamiętywać przeszłości., Dobrze, że tak się stało i mój mąż mnie przekonał do wyjazdu i wielu zmian. Mój mąż mi uświadomił, że tak naprawdę jestem w bagnie… I że żadna  nowa firma nawet przy moich najszczerszych chęciach, budowana na takim gruncie, nie da mi satysfakcji i pieniędzy.

Anna Górecka London Lavender

Tutaj szybciej wykaraskamy się z tej sytuacji. On jest programistą, więc w Londynie ma raj na ziemi pod kątem pracy. W Krakowie ponieważ jest wielu wykształconych specjalistów panuje zasada  dwóch słabszych programistów  (studentów) zamiast jednego dobrego. W Londynie na szczęście doceniają kogoś, kto się zna na rzeczy i dobrze mu za to płacą.. Nie żałuję tego, że  mnie tutaj ściągnął. W Polsce  na pewno byśmy się pogrążyli jeszcze bardziej. Tutaj wreszcie zaznaliśmy  spokoju  finansowego.

– Czy emigracja jest trudna? Czy odczuwałaś tęsknotę?

Ania: No oczywiście, zwłaszcza za znajomymi.  Ten pierwszy rok do momentu kiedy, nie wiesz, gdzie realizować swoje podstawowe potrzeby, gdzie kupować, żeby się opłacało, jest naprawdę trudny. Nie masz  sprawdzonych miejsc, plus nie ma się znajomych. Umówmy się, że Londyn jest duży, więc znaleźć  kogoś, kto mieszka w twojej dzielnicy, a nie gdzieś, gdzie musisz jechać godzinę drogi, jest trudno. Słowo w pobliżu w Londynie, to jest termin względny. To oznacza nie dłużej niż 60 minut drogi w lewo lub w prawo. Więc moi znajomi właśnie czegoś takiego nie mogli pojąć, a mnie to przeraziło. Jestem  młoda, kreatywna, a wymagania na recepcjonistkę w pierwszym lepszym hotelu to jakiś kosmos.  Ktoś mnie będzie testował z szybkości pisania na klawiaturze – to chyba żart?  W Polsce nikomu do głowy to nie przyszło, a ja stwierdzam, że jeszcze po angielsku, z szybkości? Kiedy wiadomo czasem człowiek się myli jak napisać jakiś wyraz lub musi się zwyczajnie zastanowić. 

Załamałam się, że to jest dla mnie  nie do przeskoczenia.

Pracowałam w tych  najprostszych zawodach,  w jednej  byłam  np. kasjerką.  Z drugiej strony, stwierdziłam, że jeśli mam pracować  za 7 funtów jako darmowy manager, bo akurat panu  managerka odeszła z restauracji. Dołożył mi pół razy tyle obowiązków, ale nie spieszyło mu się, żeby mi za to zapłacić. To po czasie wróciłam do bycia kasjerką. Rób, co masz zrobić i do domu. Nie miałam ochoty brać odpowiedzialności, za coś, co uważałam, że jest źle zorganizowane. Chwilę później odeszłam stamtąd.

Anna Górecka London Lavender

Anna Górecka London Lavender

Potem wracałam powoli do  lekcji Salsy.  Pojawiło się jakiś pięciu stałych i fajnych kursantów. Więc przynajmniej sobie wszystko poprzypominałam. Pojawiły się pierwsze znajomości się.  Po roku zaczęłam pisać bloga, tak na luzie zupełnie, dla siebie.  Na zasadzie, że może kogoś zainspiruje, pokażę mu kawałek Londynu,. Chciałam mieć znów swój prywatny wycinek, jakieś swoje miejsce, tak? Więc dopiero  po roku, kiedy już  wiedziałam jak  się tu w miarę poruszać, nawiązałam pierwsze znajomości  i było z kim pójść na piwo, to dopiero  poczułam, że odżyłam. Myślę, że to było w okolicach 8 – miesiąca pobytu. Później dobrałam sobie taką luźną pracę, żeby łączyć ją z  lekcjami tańca. Nie był  to już cały etat. Stwierdziłam, że po co pracować po 9 godzin dziennie, skoro za te same pieniądze mogę kończyć wcześniej. Zostałam petsiterką, bo od zawsze kocham zwierzęta. U nas to rodzinne. Mój tata miał sklep zoologiczny przez długi czas. Mam to we krwi. Najchętniej bym się zatrudniła  w schronisku albo w jakiejś charytatywnych fundacjach. Śmiałam się z niektórych reakcji znajomych –  jesteś petsitterem? I jak psy wyprowadzasz? Wiesz, ten wydźwięk, on dalej był.  Ja czułam, że  robiłam już coś znacznie fajniejszego i że  daje mi to szczęście, plus miałam znów te Salsę. Czułam się pomalutku już spełniona, a z drugiej strony ciągle się tego wstydziłam. Ja – kobieta przedsiębiorcza- petsiterem? Finansowo już jest lepiej, ale takie poczucie- dalej się nie wybiła w tej Anglii. Teraz trochę też tak mam, że jak dla mnie na ten moment jestem szczęśliwa. Mam coraz popularniejszego bloga, otworzyłam sklep online z biżuterią.  Prowadzę na Facebooku bardzo aktywną grupę wsparcia: Lavendowa grupa dla przedsiębiorczych kobiet. Lekcji tańca i chętnych mam jaszcze więcej niż wcześniej, zdarzało się, że miałam 10 godzin, angielski trochę poszedł do przodu.., itd. Ale czasem słyszę, że  normalnej pracy to jeszcze nie znalazłam (śmiech). Staram się nie brać tego na serio.

-Postawiłaś na swój biznes?

Lavendowa Grupa FB

Lavendowa Grupa dla przedsiębiorczych kobiet

Wiesz co, ja po prostu zawsze czułam, że nie jestem stworzona do etatu. W trakcie studiowania pracowałam wieczorami,  uczyłam salsy po godzinach, to też była freelancerka, byłam  djem na imprezach latino.  Nigdy nie było przyjdź na 7.00 do pracy i bądź w niej do godziny 18.00.  Potem od razu przeskoczyłam na swoją firmę, więc też w ciągu dnia komputer. Opracowywałam eventy, reklamowałam kursy, załatwiałam różne sprawy i chodziłam na spotkanie biznesowe.  Wieczorami miałam  zajęcia tańca. Żyłam tak przez 3 lata na studiach , potem miałam firmę, gdzie sama sobie byłam szefem. Chciałam pójść do knajpy z laptopem- żaden problem, to siedziałam w domu. Kocham ten stan, że w między czasie mogę wstać, zrobić sobie kawę, ugotować obiad i znowu wracam do pracy.  Przyzwyczaiłam do takiego sposobu funkcjonowania, dlatego tak dołujące poza faktem, że znalazłam się w Anglii, nie mam znajomych przy sobie,  było to, że musiałam iść do normalnej pracy na etat i to takiej, której nie lubiłam. Tak, będzie normalna i dopasuje się do wszystkich. Ogólnie panuje takie powszechne przekonanie, że jak ktoś ma firmę to nic nie robi. Kiedy wśród znajomych mówiłam, że mam szkołę tańca, wiele osób dopytywało się czy masz jeszcze poza tym normalną pracę? Kochałam takie pytania. Zawsze odpowiadałam: ,,A czy jesteś świadomy, ile rzeczy ja muszę robić w tej firmie? Założę się, że więcej, niż Ty na tym swoim etacie przez 8 godz.

To przecież jest normalna praca i strasznie bolało mnie takie umniejszanie.

I to w Polsce, kiedy prowadzenie firmy jest dwa razy trudniejsze niż w Anglii, tam się naprawdę trzeba nagłowić, nawymyślać, konkurencja nie śpi.  Zrobisz i opracujesz ciekawy event, ona zaraz zrobi taki sam i w tym samym czasie. Trzeba się wyróżnić, żeby twoje wydarzenie był lepsze i tańsze. Kombinować w każdym możliwym aspekcie. Grafiki, wypłaty, systemy motywacyjne, ogarnięcie finansów, zaplanowanie wydarzeń- wszystko się mnożyło w oczach.

London Lavender

Anna Górecka London Lavender

Dlatego dziś stwierdzam, że przestaje się przejmować tym, co myślą inni. Wiem, że jestem w połowie drogi do tego, do czego chcę dojść. Pragnę  zbudować swoją markę osobistą,. Na razie jestem na etapie rozmyślania, analizowania w czym jestem dobra, eksperymentowania. Mam pomysł, który chcę wprowadzić w życie, Taki tryb życia i pracy jako freelancer, zwłaszcza, kiedy planuję powiększyć rodzinę jest idealny. Kiedy to wyjdzie, zobaczymy. Mam firmę w Anglii od ponad roku, przydaję mi się do moich lekcji tańca. Chcę rozkręcić ją jeszcze bardziej. Marzy mi się znacznie bardziej rozbudowany sklep online, moje kursy i szkolenia, nie tylko taneczne. Może w przyszłości jakiś e-book, organizacja różnych eventów. Zobaczymy. Na pewno nie stracę wiary w siebie i  ja jeszcze im wszystkim pokaże (śmiech)

Anna Górecka London Lavender

– Co dalej?

Mój rozwój i macierzyństwo. J Ja jestem specyficzna, kto mnie zna ten wie, że mam swoje różne plany. Jestem w ogóle osobą, która planuje wszystko i zawsze modyfikuję i zmieniam po drodze. Postanowiłam, że w okolicach trzydziestki będę mieć dziecko, jak coś postanowię, to tak ma być.  Oczywiście nie po trupach, bo z małżeństwem mi nie wyszło, postanowiłam, że miało być do 26 lat, a wyszło trochę później J Nigdy nie będziesz się czuć 300%, że to jest ten czas., Człowiek jest inteligentny i wie, że powiększenie rodziny ma to swoje plusy i minusy . Sama się czasem zastanawiam, jak ja będę spać po trzy godziny? Jak  będę wtedy wyglądać i w ogóle czy dam radę itd.  Na szczęście w tej kwestii się z mężem zgadzamy. On też pragnie tego samego i  nie chce być dziadkiem dla swoich dzieci. Tak naprawdę on mnie motywuje, czasem  mam wrażenie, że on bardziej chce niż ja J  Kobiety wiadomo : brzuch, cellulit , wypadające włosy i rozstępy.  Ciekawe jest, że od niektórych znajomych słyszę, ale już, tak wcześnie? Serio? Jesteś pewna? Mówię, tak wcześnie? Lekarka mówi co innego, że już  wcale nie tak wcześnie. Dziecko w niczym mi nie przeszkadza.. Czy ja tego nie mogę budować swojej firmy będąc w domu i jednocześni, machać kołyską? Mogę, kto mi broni, czy tak naprawdę przerywam teraz jakąś wielką swoją karierę zawodową? Nie, bo ja ją dopiero od nowa podnoszę  i  buduję na nowo. Więc jak mi się tam jakiś dzieciaczek po drodze pojawi, będę tworzyć ją z nim.

Anna.G

Anna Górecka London Lavender

– Ostatnie przesłanie, które chciałabyś przekazać już na sam koniec naszej rozmowy.

Ania: Ja myślę, że każdy z nas, powinien usiąść sobie wygodnie na kanapie na chwilę, znaleźć czas na refleksję nad swoim życiem. Zastanowić się, co mu sprawia przyjemność i czy faktycznie robi w życiu to, co lubi. Bo jak nie, to najwyższy czas to zmienić, niezależnie, czy ktoś ma 25 czy 35 lat. To jest jedna rzecz. Druga to na pewno nie przejmować się aż tak tym, co mówią inni. Nawet jeżeli są to bliskie osoby. Powiedziałabym wręcz, że im bliższa osoba, tym wie najlepiej. Uważa, że zna cię na tyle dobrze i może próbować Cię odciągnąć od realizacji Twoich marzeń, bojąc się o Ciebie. Ja bym się mimo wszystko nie dała. Ewentualnie wolałabym się  konsultować z partnerem,  czy jemu pewne rzeczy przeszkadzają. Jeżeli on nie ma nic przeciwko, wręcz motywuje cię do tych działań, to nie przejmuj się, że mama, ciotka, babcia, koleżanka, chcą, żebyś  pracowała w normalnej firmie. To Twoje życie, nie ich. Cieszę się, że znam się na Salsie, poznałam dzięki niej wielu wspaniałych ludzi, ale  nie chcę tego robić do końca życia. Nie mam zamiaru  kreować się jako znawczyni tylko w tej dziedzinie.

Jeśli  ma się tylko jakiś pomysł na siebie i dużo różnych pasji, to wierzę, że któregoś dnia po prostu te wszystkie nasze kropki i doświadczenia  połączą  się w sensowną całość. Naprawdę głęboko w to wierzę…

All original content on these pages is fingerprinted and certified by Digiprove