Magda Rolnik- mama, blogerka, freelancerka

 

Bez względu na wszystko żyj w zgodzie ze sobą!

magdalenarolnikplsmile

Magda, co chciałabyś o sobie powiedzieć, przekazać Czytelnikom mojego bloga?

Myślę, że dużo rzeczy, ale najważniejsze jest to, że trzeba się trzymać swoich własnych przekonań wewnętrznych. Bez względu na to jakie są okoliczności, jacy są ludzie wokół, jeżeli masz swoje przekonania, to powinnaś po prostu się ich trzymać i być absolutnie konsekwentną.

Dlaczego według Ciebie wierność własnym przekonaniom jest taka ważna? Myślę, że odpowiedź na to pytanie wielu ludziom, którzy żyją właśnie spełniając marzenia i oczekiwania otoczenia, a nie swoje własne, rozjaśni w głowach, bo to jest bardzo ważne o czym mówisz, żeby żyć w zgodzie z samym sobą.

Przede wszystkim dlatego, że to daje siłę, to daje motywację do działania, to daje tak naprawdę życie. To kształtuje życie, takie jakie chcemy, a nie takie jak ktoś chce. Ja kiedyś realizowałam czyjeś marzenia (śmiech). Kiedyś pracowałam w korporacji, byłam wzorowym pracownikiem i to się całkowicie zmieniło, gdy zaczęłam słuchać samej siebie. Dzięki temu jestem tu gdzie jestem. Być może dla wielu osób, z którymi wcześniej miałam kontakt to nie jest postęp, to jest wręcz recesja, ale ja czuję  się z tym o wiele lepiej.

Jest mi naprawdę dobrze. Jestem szczęśliwa. Jestem spokojna i żyję tak, bo tak lubię, bo tak chcę. Tak wybrałam.

Super jest to o czym mówisz, bo wiele osób, w momencie kiedy dochodzi do tego, (a za chwilę porozmawiamy, jak Ty doszłaś do tego) czują dopiero prawdziwą wolność i zastępuje słowo „muszę”- „chcę”.

Ja w ogóle na słowo „muszę” reaguję alergiczne. Jak ktoś mi mówi, że ja coś muszę, nie słucham go  do końca, twierdząc, ze ja nic nie muszę i kończę dyskusję. (śmiech)

Napisałaś w mailu do mnie po pierwsze i przede wszystkim mam troje dzieci w wieku 7,5, 3 lata i 15 miesięcy, mieszkam na polskiej wsi, mam cudownego, ale zapracowanego męża, sielanka. To są te decyzje, które podjęłaś i które dają Ci taką wolność i zadowolenie. Jak do tego doszło.

Pochodzę ze wsi.. Moi rodzice też przeprowadzili się z miasta na wieś (śmiech) – jestem żywym przykładem tego, że powtarzamy schematy naszych rodziców. Moi rodzice przeprowadzili się z miasta na wieś, ku mojemu rozgoryczeniu i rozczarowaniu. Mnie się to nie podobało. Ja ze wsi uciekłam zaraz po maturze. Wyprowadziłam się całkowicie z domu w wieku 19 lat i wybrałam Poznań. Wybrałam wielkie miasto, niekoniecznie Warszawę, , ale inne wielkie miasto, które przyszło mi do głowy. Dziś absolutnie nie wstydzę się tego, że pochodzę ze wsi. Nigdy nie miałam się czego wstydzić. Teraz to wiem. Byłam dobrze wychowana, skończyłam naprawdę rewelacyjne liceum, byłam oczytana i wykształcona, ale przeszkadzało mi, że ta wieś gdzieś tam za mną chodziła (śmiech).

Tu pewnie wpływ miały te wszystkie stereotypy: jak ze wsi to wieśniak.

Tak (śmiech).  Studiowałam i pracowałam jednocześnie, dlatego, że musiałam się sama utrzymać  na tych studiach. Wiedziałam, że jeżeli ja chcę żyć tak jak chcę, to ja po prostu muszę iść do pracy. Ciężki to był okres, nie było łatwo. To wcale nie była sielanka, ale  wtedy zaczęłam pracę w korporacji. Wpadłam w totalny pracoholizm, takie parcie na karierę. Dałam się po prostu w to wciągnąć. Już nawet nie tyle studia były ważne, co ta praca. 

I przede wszystkim ogromny wpływ na mnie mieli ludzie, którzy mnie otaczali. Oni zawsze wiedzieli lepiej czego ja potrzebuję.

Też mało kto wie, że to kim się otaczamy ma na nas ogromny wpływ, na to kim my jesteśmy. Że jesteśmy wypadkową kilku osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu i że świadome wybieranie sobie znajomych i osób z otoczenia, ma ogromny wpływ na nasz rozwój, na naszą mentalność i to jak się czujemy.

Tak. Kiedyś myślałam, że to jest niemożliwe, żeby wybierać sobie osoby z otoczenia. Teraz mamy Internet, który jest praktycznie wszędzie, mamy narzędzia do tego, żeby spotykać się z ludźmi pomimo że oni są rozrzuceni po całym świecie. Tamci ludzie z korporacji tak naprawdę mieli wpływ na absolutnie całe moje życie. Nie zdawałam sobie jednak wcześniej z tego sprawy. Teraz już to widzę- to dotyczyło zarówno mojego związku,  mojej wiary czy niewiary, mojego jedzenia, no absolutnie wszystkiego. Tego gdzie mieszkam, jak mieszkam, w co się ubieram, itd. Wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Już teraz wiem, że tak było no i to nauczyło mnie tego, że w tej chwili jest inaczej i potrafię docenić to co mam teraz. Potem poznałam faceta, mojego obecnego męża. On był taki spokojny, on (śmiech) był zupełnie inny niż ja i ja próbowałam go w to wciągnąć. Niemal, że na siłę. On częściowo się dał, ale mimo wszystko zawsze był taki spokojny, opanowany i na wszystko patrzył z dystansem.

Wciągnąć w to szaleństwo życia korporacyjnego, o tym mówisz?

Tak. Poznałam mojego męża zupełnie przypadkowo. W ogóle kiedy go poznałam, nie wiązałam z nim jakiejkolwiek przyszłości. Wiesz, czasami jest tak, że poznajesz człowieka i mówisz: tak to jest ten. Dla mnie nie. Dla mnie był za spokojny. On ma duszę artysty, ale nie takiego, który hula, szaleje itd., tylko takiego, który potrafi usiąść i patrząc na drzewo zrobić 7 fantastycznych zdjęć. Potrafi usiąść, skupić się  i zauważyć rzeczy małe, a ja go próbowałam pociągnąć, wiesz, to tutaj impreza, tu wyjazd, a tu to, a tu jakiś event (śmiech).

No tak, chyba każdy miał taki etap w swoim życiu, niektórzy mają całe życie taki etap, że trzeba gdzieś się pojawiać bo to jest cool, a jak nie pojadę do Zakopca, to kim ja jestem? A jak nie będę mieszkać w bloku, który teraz nazywa się apartamentowcem, to ja już w ogóle będę do bani.

(śmiech) Masz absolutnie rację. Wiesz, to był taki etap, jak ja miałam dwadzieścia parę lat i jak ja miałam spędzić wieczór w domu, to myślałam: Boże Święty, no jak moja babcia (śmiech). On tak troszeczkę mnie wyhamowywał, ale ja byłam za mocno rozpędzona, żeby się w tym momencie zatrzymać. Związaliśmy się, do dzisiaj nie wiem jak to się stało tak na dobrą sprawę (śmiech), bo byliśmy zupełnie różni.  Wiem, że gdzieś tam podświadomie wiedziałam, że to jest człowiek, który nadaje na tych samych falach, ale wtedy stłamsiłam to w sobie. Wtedy uważałam, że ja jestem zupełnie inna.  Kiedy urodził się nasz pierwszy syn, byliśmy już od dwóch lat razem, byliśmy już małżeństwem. Dla wielu małżeństw to jest szok i z tym trzeba sobie jakoś poradzić, bo dziecko zmienia absolutnie wszystko. Pomimo, że my wiedzieliśmy, że pojawi się mały człowiek, że będzie trzeba się nim opiekować, pieluszki, te sprawy… ja mam młodsze rodzeństwo, on ma młodsze rodzeństwo, więc wiedzieliśmy z czym to się je. Mimo wszystko był to dla nasz wstrząs.

lipobranie

Nikt nie powiedział, że kupki jednak śmierdzą, nie pachną wcale tęczą. Że dziecko potrafi zwymiotować albo, że dziecku wyrzynają się ząbki i czasem wygląda się jak dziesięć nieszczęść, bo nie śpi się parę tygodni. No tak, nikt nas do tego nie przygotowuje, niestety…

(śmiech) Właściwie to dla nas był szok bardziej emocjonalny. Moi znajomi dotychczasowi dzwonili do mnie i słyszałam takie teksty typu: „ty musisz szybko wrócić do siebie, ty musisz wrócić do pracy, szukaj żłobka, ty wiesz, bo wypadniesz z biegu, siłownia w tej chwili to jest podstawa”, a ja po ciężkiej ciąży, po bardzo ciężkim porodzie, który zakończył się operacyjnie po wielu godzinach, zastanawiałam się „co oni mówią do mnie?”, co znaczy „ty musisz teraz szybko się ogarnąć, no musisz!” ?

Inaczej Twoje życie legnie w gruzach, stoczysz się i już tylko samobój i koniec. A w sytuacji kiedy Ty miałaś bardzo ciężki poród i byłaś po operacji, to Twoim szczęściem w tym momencie było to, że przeżyłaś, że dziecko jest całe i zdrowe i ostatnią rzeczą o jakiej się myśli, to to żeby iść na siłkę czy z Chodakowską ćwiczyć tyłek.

(śmiech) Wyjście z domu to po to, by złapać świeże powietrze i wrócić, położyć się odpocząć, bo tylko o tym  wtedy myślałam. Potem pojawił się problem, bo nasz syn zaczął chorować i lekarze nie potrafili tego zdiagnozować. Rok czasu trwała diagnoza. To długa historia, ale po roku trafiliśmy prywatnie do pani doktor, która powiedziała „właściwie to nic złego”. To nie jest  super poważna choroba. On miał po prostu bardzo silne Atopowe Zapalenie Skóry (AZS), zresztą ma je do teraz, ale w tej chwili my wiemy jak nad tym panować. On miał bardzo duże zmiany na skórze i to wpływało na jego oddychanie, a jak wpływało na oddychanie to wpływało też na inne funkcje. To serduszko, to podejrzewali, że wada serca. A to podejrzewali, że z płucami jest coś nie tak. Wiesz, na zmianę antybiotyk- steryd, steryd- antybiotyk. Dziecko malutkie, ciągle wysypki, ciągle, a to uczulenie. Nie chcę w ogóle o tym wspominać…  Trwało to rok, a po roku trafiliśmy do pani doktor, która stwierdziła: „słuchajcie to nie jest coś strasznego, jest to ciężka choroba, bo jest, ale nad tym da się panować bez problemu”. Ona dobrała nam leki, dobrała maści, powiedziała co mamy robić. W tej sytuacji  naprawdę trudnej sytuacji dla nas wszystkich, ona dała nam upragniony spokój. I wtedy dla mnie przełomowym momentem był telefon od mojej koleżanki, która zadzwoniła i powiedziała: „słuchaj, jedziemy na weekend w góry, weź zostaw dziecko i jedziemy”. Bo wiesz, ona mówi: „ty się tak martwisz, odpoczniesz sobie”. Ja w tym momencie usiadłam i się strasznie rozpłakałam.  No jak „zostaw dziecko”? Przecież to nie jest psiak.Wtedy jeszcze byłam w domu. W tym czasie nie było jeszcze w Polsce rocznego macierzyńskiego, zdecydowałam się na częściowo  wychowawczy, żeby jakoś tam funkcjonować. Wiedziałam, że moje stanowisko jest już zajęte, pogodziłam się z tym, powiedziałam, że odpuszczam.  Wychowawczy i tak miałam bezpłatny, a wiedziałam, że tam i tak nie wrócę.

Wróciłam oficjalnie do pracy, dostałam wypowiedzenie, odeszłam i poczułam taką ulgę. 

Gdzie wcześniej byłam absolutnie przekonana, ze jak stracę pracę, to  świat się zawali. Wiesz, wszystko mi się zwali na głowę, a ja zapadnę na depresję (śmiech)

 Chcę Ci powiedzieć Magda fajną rzecz. Rozmawiałam z wieloma osobami, które straciły pracę. Nie lubili swojej pracy, nawet nienawidzili, nie mieli odwagi sami jej rzucić,  a kiedy ją tracili, to mi mówili, że to najlepsze co ich spotkało w ich życiu.

W tym momencie życie zweryfikowało znajomych. Już było trochę inaczej, bardziej się zwróciłam w stronę znajomych męża. Żyliśmy sobie dalej, już doszliśmy do tego, ze to jest atopowe,  że można nad tym panować, że wszystko się da, że jest dobrze, no i podjęliśmy decyzję, że wrócę do pracy. Jest taka możliwość, bo jest teść i teściowa, którzy pracują na różne zmiany, a mieszkają niedaleko. W razie czego jest jeszcze moja mama, Która może do nas przyjechać. Dziecka do żłobka oddawać nie będziemy, bo wolimy mieć je przy sobie, ze względu na to Atopowe Zapalenie Skóry. Miałam wątpliwości czy oni w tym żłobku zadbają o tą skórę właściwie, kiedy my ją jeszcze leczyliśmy. Jeszcze nie było super zaleczone, czasami trzeba było co 3-4 godziny smarować, zmieniać, itd. Woleliśmy, żeby on został w domu, ale była możliwość, żebym ja wróciła do pracy. Dostałam propozycję pracy w handlu. Jeszcze tego nie próbowałam, więc zaryzykowałam. Dość szybko awansowałam, zostałam  kierownikiem supermarketu. No i zaczęło się jakby to samo.

Pracując  w handlu nie bywa się na jakiś eventach, ale pracoholizm ten sam.

Ten sam mechanizm. Nadgodziny, pięcie się po szczeblach, awanse, itd.

Dokładnie. Pracoholizm jest jednym z wymagań. No i ja w to wpadłam. Z tym, że nie tak bardzo jak wcześniej, wiedziałam, że jest w domu dziecko. Na wiele rzeczy już sobie nie pozwalałam. Awansowałam, mój dyrektor był ze mnie zadowolony. No i zaszłam w ciążę. Ja to dziecko straciłam… Straciłam je w pracy. Wiesz, w 14 tygodniu ciąży dostałam bóle porodowe i zwinęłam się w kłębek. Powiedziałam swoim managerom, że wysiadły mi nerki i jadę w tej chwili do szpitala, bo ja się nie mogę podnieść. A ja wiedziałam, co jest… Pojechałam do szpitala… Teraz mam dreszcze. Jak jechałam do szpitala, to jakbym była obok. W szpitalu: „proszę na zabieg”,  a ja pytam jaki zabieg, co się dzieje? „No zabieg, pani krwawi, pani rodzi.” No chyba tak, ja nie wiem co się dzieje. Ja wiem, że mam bóle. „Co pani jadła?” Co to za dzień, co ja dzisiaj jadłam, zaczęłam myśleć, no jadłam śniadanie, potem lunch no i wypiłam kawę. No i tekst lekarza: „jedzie na zabieg i kawę pije!”

Magda ja muszę wybuchnąć, bo po prostu brak empatii lekarzy w stosunku do kobiet, które tracą dziecko jest straszny. Ale, że co? Że miałaś zaplanować sobie, ze w tym właśnie dniu, o tej godzinie, że stracisz dziecko? Ja będę głośno i stanowczo mówić, że dramat polskich kobiet po poronieniach…  To jest straszne! To nie jest moja opinia, tylko wiesz, ja z kobietami pracuję już wiele lat, to są historie prawdziwe. Sama to przeżyłam, bo 3 lata temu straciłam dziecko i mną „opiekowała” się kobieta lekarz. Wiesz, nie wiesz co się dzieje, przeżywasz dramat życiowy, śmierć dziecka to ogromny dramat! I lekarz potrafi opierdolić, że piłaś kawę, jakbyś planowała, że właśnie dzisiaj umrze twoje dziecko. Mnie ochrzaniła za to, że po dowiedzeniu się, że moje dziecko mimo że wciąż we mnie od tygodnia nie żyje, zaczęłam płakać. „Czego ty ryczysz?” Dosłownie! Specjalistyczny szpital w Gdańsku… Płaczę, bo kuźwa paznokieć złamałam. Wiesz Magda, ja ironizuję, bo ironia często pomaga mi znieść psychicznie i emocjonalnie pewne niesprawiedliwości. Nie ironizuję, żeby zmniejszyć wagę tej sytuacji. Wskazać brak empatii i kretynizm tych ludzi, którzy otaczają osoby po życiowych dramatach i zamiast im pomóc jeszcze im dokładają.

Tak jest, wiem, ja to przeżyłam. Wiem, jak to jest, to jest tragiczne. Kiedy poroniłam, wyszło na jaw w pracy, że ja byłam w ciąży. Nie ukrywałam tego, ale też nie trąbiłam wszem i wobec. Jeżeli ktoś mnie zapytał, odpowiadałam, że tak, jestem w ciąży, ale oficjalnie nic nie mówiłam. To doszło do znajomych i oni mówili: „ok poroniłaś, straszne, ale po co właściwie ci drugie dziecko?” (śmiech) I zobacz jakimi ludźmi ja się otaczałam. Myślenie tych ludzi to taki schemat: dobra praca, jedno dziecko, mieszkanie albo dom, mieszkanie lepiej bo z domem to za dużo problemów, na zamkniętym osiedlu, kredyt. I te pytania: „ale tak szczerze: wpadliście, czy naprawdę planowaliście to drugie dziecko?”  To obrazuje jakimi ludźmi się otaczaliśmy. „No dobra, macie jedno dziecko i do robienia kariery ono wystarczy, po co ci więcej?” I to był drugi taki moment, już ten pierwszy najbardziej przełomowy miałam za sobą. Musiałam się spotkać z moim dyrektorem. Zadzwoniłam do niego, poinformowałam go, ze byłam w szpitalu, bardzo przeprosiłam, ze go nie poinformowałam, że mnie nie będzie i pojechałam zawieźć mu zwolnienie lekarskie. On mnie się zapytał czy to rzeczywiście te nerki czy coś mi się stało? Powiedziałam mu wprost: „nie panie dyrektorze, ja poroniłam”. I on spojrzał na mnie wzrokiem zupełnie innego człowieka, powiedział: „ok,  niech pani wraca do zdrowia. Jeżeli jest potrzebna jakaś terapia to my możemy pomóc”, bo mieliśmy wykupiony pakiet medyczny. Po 3 tygodniach wróciłam do pracy, bo nie mogłam w domu wysiedzieć. W pracy pracowałam jak przedtem, ale jak on przyjeżdżał to patrzył na mnie już zupełnie inaczej.

v1logo (1)

Magda ja przepraszam, że Ci przerwę, ale chcę zadać ci bardzo osobiste pytanie dotyczące emocji. Kiedy straciłaś dziecko i to się wydarzyło w pracy, czy przez Twoją głowę przeszły jakieś wyrzuty sumienia, katowanie siebie, bo kobiety potrafią same siebie obwiniać.  Jak sobie z tym poradziłaś? Chciałabym też zapytać się ciebie jak twój mąż to przeżył? Czy miałaś jego wsparcie, bo czasami jest tak… ja tak miałam, mam niepełnosprawne dziecko. Jesteś pierdolnięta to urodziłaś pierdolnięte dziecko- takie słowa usłyszałam.

Pierwsza myśl, jaka mi przyszła w szpitalu po zabiegu,  to po co ja w ogóle szłam do tej roboty?Gdybym nie pracowała to może było by inaczej,  tym bardziej, że mogłam sobie odpuścić, bo nie musiałam pracować. Te myśli były, one tam siedziały i nie chciały wyjść. Rozmawiałam z moim mężem… On mnie zapytał, czy to co robiłam akurat, miało według mnie wpływ na poronienie? Czy mam prawo siebie obwiniać? Przemyślałam to i ja gdy dowiedziałam się, że zaszłam w ciążę odpuściłam sobie jakąkolwiek pracę fizyczną i nocne zmiany. Doszłam do tego, że ja właściwie nie mogłam sobie zarzucić tego, że przeze mnie doszło do poronienia, bo to mogło stać się nawet w domu.

Kobiety często myślą irracjonalnie, nawet jak mają dowód medyczny, że to nie ich wina, to dalej siebie obwiniają. Mężczyźni… to co zrobił Twój mąż, zapytał czy masz powody, by się obwiniać, jeśli nie, to przestań się katować.

Ja trafiłam bardzo  dobrze na mojego męża (śmiech). Zaczęłam odkopywać pewne rzeczy w sobie, te które były gdzieś tam mocno stłamszone, zdeptane, wciśnięte w kąt. Zaczęłam je powoli wyciągać, bardzo ostrożnie, powoli, stopniowo.  I to zawsze wiązało się z jakimś cierpieniem. Nie ma takich rzeczy, które gdzieś tłamsimy, bo tak nam się podoba.  Wypieramy je zawsze z jakiegoś powodu, mają podłoże psychiczne.  Wtedy też chodziłam na terapię. To, że poszłam na terapię, było związane też moim dyrektorem. Jak wtedy zobaczyłam jego spojrzenie, niby zachowywał się tak samo, ale wiesz, facetów jest dość łatwo rozgryźć (śmiech). Wiedziałam, że mnie zwolni, nie wiedziałam jeszcze kiedy to nastąpi nie znałam oficjalnego powodu, ale wiedziałam, że on go szuka. Zarejestrowałam się u psychiatry i powiedziałam, że on (dyrektor) mnie się tak łatwo nie pozbędzie. On chciał mnie zwolnić już, ale ja nie byłam jeszcze gotowa. Miałam do załatwienia kilka spraw, nie chciałam stracić tego pakietu medycznego, więc umówiłam się do psychiatry. Opowiedziałam mu, wywaliłam to wszystko z siebie.

Czasami jest potrzebne to, żeby powiedzieć komuś obcemu.

Psychiatrzy to tacy lekarze, że jeśli przyjdziesz i powiesz, że musisz wyhamować to nie zastanawiają się, nie odsyłają z kwitkiem, bo wiedzą, że jeśli już ktoś przyjdzie i tak powie, to znaczy, że naprawdę potrzebuje pomocy. W Polsce jest wstydem leczyć się psychiatrycznie, a dostarczyć zwolnienie od psychiatry do zakładu pracy jest jednoznaczne z tym, że po jego zakończeniu Cię wywalą, bo wariatów się nie zatrudnia, a przecież tylko wariaci się leczą psychiatrycznie.

Dokładnie tak jest. Ja mu wszystko powiedziałam, wyrzuciłam to z siebie. Zapytał czy byłam dzisiaj w pracy, a to był czwartek, dobrze to pamiętam, więc dał mi zwolnienie od następnego dnia- od piątku. Jak wyszłam od niego, a to było coś koło 18 zadzwonił do mnie dyrektor, który o takiej porze nie dzwonił służbowo. Powiedział, że doszukał się mojego wniosku urlopowego i chciał się spotkać, by o tym porozmawiać. Wiedziałam, że on nie zapowiada się bez powodu, miałam już zwolnienie, ale nie powiedziałam mu o nim, umówiliśmy się koło południa następnego dnia w pracy. Rano nie poszłam, bo miałam zwolnienie. Wysłałam je faksem bezpośrednio do kadr. Kiedy się spotkaliśmy on powiedział, „że nie ma jakiś zarzutów do mnie”, nie bardzo wiedział co mi powiedzieć, „ale taka sytuacja, ze za chwile przyjedzie tutaj pani z kadr, o właśnie widzę ją przez okno, ma dla ciebie wypowiedzenie”. Więc mu powiedziała, że może ją cofnąć, bo ja dzisiaj rano wysłałam faksem zwolnienie lekarskie. I on mi powiedział coś, co ja pamiętam do teraz, mimo, ze usłyszałam wiele przykrych rzeczy, ale to co on powiedział do mnie… jego pierwsza reakcja, zaraz po tym jak mu powiedziałam, że ma zwolnienie lekarskie: wziął głęboki oddech i powiedział: „ja wiedziałem, że ty mi to zrobisz, i ze zajdziesz w ciąże tym razem na poważnie”. Powiem ci, że mi rzadko brakuje słów, nie wiem ile stałam na bezdechu i nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć.  Po jakimś czasie się otrząsnęłam, wypuściłam powietrze i powiedziałam, że nie, że mam depresję i zwolnienie od psychiatry. Mimo, że usłyszałam wiele gorzkich słów, to była taka szpila… no musiałam mocno to przerobić. On powiedział mi tymi słowami wprost, ze to, ze poroniłam to była jakaś moja fanaberia. Jakieś testowanie, na ile mogę sobie pozwolić. Ja zawsze sobie mówiłam, że jeśli odejdę z tej firmy, to wyjdę frontowymi drzwiami z podniesioną głową, bo to ja, ale po tych słowach nie mogłam się pozbierać, łzy poleciały mi ciurkiem…j Zresztą do teraz nie mogę o tym myśleć… nie mogłam do siebie dojść. Wróciłam wtedy 6 kilometrów z pracy do domu pieszo i wchodząc do domu ja jeszcze nie ochłonęłam… 

Wyniosłam z tej historii to, ze taki ktoś nie ma prawa mi mówić co ja mogę, a czego nie mogę, bo to co ja chcę, to są moje pragnienia, moje emocje, moje myśli.

Jestem związana  z drugim człowiekiem, jestem mężatka, a więc mogę pewne rzeczy przepuszczać przez jego bufor, ale nikt obcy nie ma prawa mi powiedzieć…. no kurde, halo!

Mówisz o bardzo ważnej rzeczy. W Twoim życiu doszło do wielkiej tragedii, straty dziecka, ale ja wierzę, że z każdej nawet najgorszej tragedii można, a nawet trzeba wyciągnąć wnioski, jakieś nauki i Ty to zrobiłaś.

Dokładnie. Ja wtedy zaczęłam właśnie blogować, ale zajęłam się tym trochę od dupy strony. Przeczytałam kilka książek, zaczęłam zajmować się samorozwojem. Miałam na to czas. Wymyśliłam sobie, ze założę bloga i będę na nim zarabiać (śmiech). Zaczynałam kilka razy, ale nie wychodziło, a z czasem on przekształcił się na takiego bardzo osobistego. Zaczęłam pisać kim jestem i co robię w życiu.

Zapoznałam się z Twoim blogiem i on jest lifestylowy z dużym naciskiem na samorozwój. Kiedy napisałaś do mnie email to przeczytałam „jestem przede wszystkim mamą trójki dzieci.” To oczywiste jest, ze jest to dla Ciebie najważniejsza rola, ale kiedy weszłam na Twój blog, to byłam miło zaskoczona. Spodziewałam się bloga  typowej mamuśki, która pisze o dzieciach, w co się z nimi bawić, gotowaniu, organizacji, sprzątaniu i wszystkim co z dziećmi związane. A okazało się, że mama 3 dzieci prowadzi blog rozwojowy, wplątując posty lifestylowe. I bardzo mnie to cieszy, bo to pokazuje, ze można być mamą kilkakrotną, po przejściach, a można się rozwijać i że się da.

Bardzo się cieszę (śmiech). Tak to miało wyglądać. Dokładnie, ja wtedy zaczęłam się interesować tym, że mogę się dalej rozwijać. Skończyłam studia, ok, ale co dalej? (śmiech). Ja wcześniej już zrozumiałam, ze chcę mieć rodzinę, ze to jest dla mnie najważniejsze, że chcę zapewnić mojej rodzinie komfort życia i wcale nie chodzi o finanse. Chodzi o spokój w domu, o to, że w domu można odpocząć. Od jakiegoś czasu zaczęłam tak żyć, ale wtedy to sobie dopiero uświadomiłam. Jakby ta refleksja przyszła później, że właściwie ja tą pracę straciłam, no dobra, straciłam, ale to tak naprawdę nie świadczy o niczym, a już na pewno nie o tym, że ja jestem do niczego.

To jest bardzo ważne, żeby być świadomym samego siebie i tego czego się chce. Bo bardzo dużo… ja nie wiem czy ty spotykasz takich ludzi, którym zadaje się pytanie: czego chcesz? I oni nie potrafią na nie odpowiedzieć.

magdalenarolnikplzboze

Ja kiedyś często spotykałam ludzi, którzy mówili, że coś muszą. Ja wiem, że ja nic nie muszę. Jak taka osoba mi mówiła, ze ona musi coś zrobić to ja pytałam „właściwie chcesz to zrobić czy nie?” Odpowiedź z reguły padała „On mi kazał…” szef/mąż/ktoś tam. „No dobra, ale ty chcesz to zrobić czy nie?” Spotykałam się wtedy z dużą konsternacją, bo te osoby nie dopuszczały do siebie żadnej innej opcji. Traktowałam te moje koleżanki jako swoją terapię, bo jak na nie patrzyłam i słuchałam tych odpowiedzi, „bo on mi kazał…” to do mnie docierało, ze ja tak nie chcę! Potem uświadomiłam sobie, że mój mąż nigdy mi niczego nie kazał. Nie było takich sytuacji, że mi mówił: „musisz iść do pracy”, czy „nie wolno ci pracować”. Spotykam wiele takich małżeństw, gdzie mąż mówi „ty musisz, tobie nie wolno…”. To nie dla mnie. Ja wiem, ze w takim związku bym się dusiła i bym z niego wyszła.

Takie „muszę” powoduje w nas naturalny bunt, a narzucanie komukolwiek jakiegoś „muszę” jest zwyczajnym zniewalaniem.

Zgadza się. Dlatego ja w tym czasie kiedy siedziałam w domu, kiedy mogłam wziąć głębszy oddech, zastanowić się czego właściwie ja chcę, to był ten moment, w którym uświadomiłam sobie, ze ja już żyję inaczej, ale to jeszcze nie jest to. Ten proces nie jest jeszcze zakończony, jeszcze daleka droga przede mną. Skończyło mi się L4, chciałam zakończyć tą sytuację z pracą, umówiłam się z kadrową na odbiór mojego wypowiedzenia. Załatwiłam wszystkie formalności i przez telefon powiedziałam kadrowej, by miała przygotowane wypowiedzenie, bo przyjdę je odebrać. Miało być podpisane, bo je nie chciałam w ogóle widzieć dyrektora. Dzisiaj umiałabym się z nim spotkać, ale wtedy ta rana była za świeża. No i zostałam oficjalnie bez pracy, a wtedy zaczęły się pytania: „ojej jak wy sobie teraz poradzicie, za co będziecie żyć?”, itd. Mój mąż jest grafikiem komputerowym i to nie był problem. Rozmawialiśmy wtedy, czego ja chcę, czy chcę szukać pracy, czy nie i wtedy podjęliśmy decyzje, ze my chcemy dziecko. To, że straciliśmy jedno, to nie znaczy, że więcej dzieci mamy nie mieć.  Były problemy z zajściem w ciąże, z jej utrzymaniem, ale na szczęście urodził się zdrowy syn i wszyscy byli zdziwieni, dlaczego ja nie załatwiłam sobie jakiejś lewej pracy, żeby chociażby mieć jakiś ZUS, jakieś pieniądze. Dlaczego ja zdecydowałam się na dziecko w momencie kiedy byłam bez pracy. Wcześniej, jak miałam pracę to pytano dlaczego ja chciałam zajść w ciążę pracując w handlu? (śmiech)

No właśnie. Ludzi się nie zadowoli, zadowolić powinniśmy siebie samych, bo z samym sobą przyjdzie nam żyć do końca życia.

Dokładnie, a my byliśmy naprawdę szczęśliwi, że mamy drugie dziecko. Zaczęło się fajnie układać, ja poszukałam sobie pracę dorywczą. Uważam, ze kobieta nie może być całkowicie zależna od męża. Nawet jak on będzie najukochańszy, najcudowniejszy, będzie zarabiał miliardy, to na swoje podpaski kobieta musi mieć swoje pieniądze (śmiech). To od nas zależy czy pozwalamy naszym mężczyznom być mężczyznami. Ja sobie to uświadomiłam mając dwóch synów. Z resztą sama masz dwóch synów, wiesz jak jest.

Uświadomiłam sobie, że jeśli chcę wychować swoich synów na facetów, prawdziwych mężczyzn, to mojemu mężowi muszę pozwolić nim być. Dla mnie to naturalne.

Magda tak, ale naturalność w dzisiejszych czasach uznawana jest za dziwactwo. Kobiety nie rozumieją, ze jeśli matkują swoim mężom to oni patrzą na nie jak na matki, a matki nie są pociągające. Matka to ktoś taki, co się po-wkurza, pogada, czasem ukarze, ale wszystko wybaczy i nadal będzie kochać. Matka nie wzbudza pożądania, jest zawsze  i jest na usługi. Kobiety po prostu same sobie robią krzywdę.

To prawda, dlatego znalazłam sobie pracę dorywczą. Tak, żeby sobie wyskoczyć, odreagować, zmienić środowisko, mieć swoje pieniądze. Zawsze chcieliśmy mieć też córkę no i mój mąż zaczął powoli przebąkiwać coś o córce. Ja miałam obawy, po poronieniu, drugiej tej zagrożonej ciąży. Lekarz mi powiedział, że „pani może do mnie co tydzień przychodzić jeśli to pani da komfort psychiczny, ale nie ma takiej potrzeby”. Mając świeżo w pamięci to wszystko, miałam obawy. Mąż nie napierał, a ja powiedziałam mu, ze OK, ale nie w takich warunkach. On dość dużo pracował, miał stanowisko dyrektora kreatywnego w pewnej firmie, ja pracę dorywcza i dwójkę dzieci. Centrum miasta mi nie leżało, wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł. Centrum miasta jest dobre do mieszkania jak się nie ma dzieci i się imprezuje, a jak są dzieci to wyprawa na plac zabaw trwa pół dnia. Chcieliśmy mieć jeszcze córkę, ale chcieliśmy zmienić warunki, otoczenie. Wiedzieliśmy, że będziemy z  tego centrum się gdzieś ewakuować. Zdecydowaliśmy się na wyprowadzenie się na totalną wieś, ale gdzie będę miała kontakt z moimi rodzicami. No a to był kolejny szok dla moich znajomych (śmiech). Wieś, daleko od miasta, trzecie dziecko. „A czy wy będziecie mieć tam jakąś cywilizację?” Tak, internet będzie, prąd też (śmiech). To była kolejna konfrontacja z tym co ludzie chcą, a czego tak naprawdę chcemy my. My chcemy mieć spokój, w tej chwili mieszkamy w domu, mamy ogród, ja widzę dzieci przez okno. Była jeszcze kwestia szkoły. Sama byłam wyrwana ze środowiska szkolnego i przeniesiona właśnie z miasta na wieś i nie chciałam robić tego swojemu dziecku. Dlatego podjęliśmy też szybko decyzję, bo to był dobry moment na takie zmiany, zanim syn zaczął chodzić do szkoły. Tym bardziej, że on poszedł do szkoły w wieku 6 lat, i choć nie było obowiązku, to zdecydowaliśmy, ze w wieku 6 lat pójdzie do pierwszej klasy. On by się nudził w przedszkolu, gdyby poszedł rok później. No i kolejne głosy, ze „dlaczego my chcemy sprzedać mieszkanie, możemy przecież je wynająć, mieć pieniądze z tego”. Takim mieszkaniem ktoś musiałby się zaopiekować, a my mieliśmy swoje priorytety, dwóch synów i nie chcieliśmy się tym zajmować. W tym czasie okazało się, że jestem w ciąży. To był taki kulminacyjny moment, ja byłam w ciąży, młodszy syn miał 1,5 roku a starszy za chwilę kończył 6, więc teraz albo nigdy (śmiech). Udało nam się sprzedać mieszkanie w ciągu 2 miesięcy, kiedy ludzie mówili, że się nie uda. Udało nam się zrealizować wszystko co zaplanowaliśmy. Syn chodzi do wiejskiej szkoły i świetnie się uczy. Jednak kiedy pojawiają się ludzie, którzy zaczynają ci coś mówić, to ty zaczynasz się zastanawiać, czy oni nie mają przypadkiem racji. Wtedy często się nad tym zastanawiałam. Miałam wiele rozmów z mężem i on powiedział, że jak nasze dzieci będą chciały wrócić do Poznania, to przecież będą mogły. Mają tutaj babcię, dziadka, ciocie, wujków, mają punkt zaczepienia.

Często myślałam co by było, gdyby było inaczej.

Takie wątpliwości się pojawiają, jak wielu ludzi dookoła mówi ci co masz robić, ale ważne jest, ze nie poddałaś się tej presji i głosom i sama zdecydowałaś co chcesz. Takie pytania często nie mają nic na celu poza spowodowaniem mętliku w głowie i sercu. Nie są zadawane po to, by pomóc. To nie są rozmowy o tym, byś sie zastanowić nad różnymi możliwościami i wyborem najlepszej z nich, tylko dowalanie. Jak zadasz takiemu „mądremu” pytanie to w takim razie, co proponujesz, to on odpowie, ze nie wie.

lipobranie

Urodziłam dziecko, (córkę – udało się ) i stwierdziłam, że to wcale nie musi być koniec (śmiech). Kiedy poinformowałam otoczenie, że jestem w ciąży i planujemy przeprowadzkę, znów zaczęły się pytania: „w tych czasach? Odważna jesteś.” Wcześniej były takie momenty, że ktoś potrafił mi przyłożyć swoim tekstem, ale teraz jestem już odporna.

Wiem czego chcę i to realizuję.

Zgodnie  z polskim prawem jesteśmy rodziną wielodzietną (śmiech).

Najgorszą rzeczą jaką może zrobić kobieta i mężczyzna to tłamsić w sobie pragnienie posiadania licznej rodziny tylko dlatego, że w Polsce w mentalności ludzi liczna rodzina to albo patologia albo ludzie, którzy chcą żyć z zasiłków.

Ja się z tym spotykam wiele razy. Widzę po sobie, że rodząc pierwsze dziecko w wieku 26 lat i 3 dziecko w wieku 33, mogę porównać, że dla tego trzeciego mam mniej cierpliwości. Nawet jeśli urodzisz w wieku 40 lat i urodzisz to dziecko zdrowe i wszystko będzie cacy, to ty nie masz tyle cierpliwości i sił, by dać temu dziecku swobodę. W tej chwili wiem, że ja się spełniam bardziej jako matka, niż jako pracownik i to jest dla mnie ważniejsze. Ważne jest dla mnie, żeby domownicy mogli wrócić do domu i się zrelaksować, a z drugiej strony, żeby każdy miał swoje zainteresowania. Żeby każdy miał swój kąt, swoje wolne i dlatego uczę swoje dzieci tego, że mam też czas dla siebie. One odpoczywają,  a ja szydełkuję i one wiedzą, że teraz mamie się nie przeszkadza, bo mama robi to dla siebie. Dzieci mają zapewniony czas z mamą, czas z tatą. Mam tak dzień podzielony, że mam czas i dla siebie i dla każdego dziecka z osobna. Każde z nich ma mamę tylko dla siebie na jakiś czas.

Jest czas na obowiązki i czas na przyjemności. Czas, żeby być razem i żeby być osobno i to jest bardzo ważne.

Dokładnie, to kwestia organizacji. Wszystko da się ogarnąć. Moim celem jest pokazywać, że mając jakiś tam bagaż doświadczeń, nie muszą to być dramatyczne przeżycia, ale każdy ma swój bagaż doświadczeń, trzeba zawsze mieć czas dla siebie, czas, żeby się rozwijać i pchać do przodu, nie stać w miejscu.

Na koniec Magda zadam Ci pytanie z Twojego bloga: co byś robiła, gdybyś niczego się nie bała?

Chciałabym do końca swojego życia rozwijać się. Nie chcę takiego momentu, ze ja usiądę i powiem sobie: dobra, to ja już wszystko wiem, niczego więcej nie chcę poznać. To byłoby dla mnie dramatem. Samorozwój jest tak ważny, bo to daje życie w zgodzie z samym sobą. Dzięki niemu określiłam co ja chcę i podążam w kierunku, który wybrałam i który jest dla mnie dobry. Żeby moje dzieci wiedziały, że mama, która ma dużo dzieci i siedzi w domu, to nie jest po prostu mama która siedzi w domu (śmiech).

Chce im pokazywać, ze życie jest piękne, że każdy ma prawo wybrać w jaki sposób chce żyć, że mają możliwości, bo każdy ma możliwość zrealizować swoje marzenia. Musi tylko tego chcieć i musi umieć to zrobić.

Obecnie poza byciem mamą i mieszkanką wsi, piszesz blog i 2 książki.

Dwie książki, mam dużo do powiedzenia (śmiech). Ta nad, którą teraz pracuję i chcę ją skończyć do końca sierpnia, to książka o tym, jak się zorganizować, jak to zrobić, żeby nie wydawać na siebie fortuny, a czuć się i wyglądać dobrze. Głównie chodzi o to, że przy dzieciach się da. Druga jest bardziej osobista, ale muszę ją napisać od nowa. Piszę blog i cały czas się rozwijam. Nie mam zamiaru przestać (śmiech)

Magda Rolnik- potrójna mama, żona, blogerka, żyjąca świadomie i w zgodzie ze sobą Kobieta.

Chcę na stronę główną.
All original content on these pages is fingerprinted and certified by Digiprove